Jak się od siebie odpierdolić (i nagle wszystkim robi się lżej)

Jest taka „duchowość”, o której nikt nie robi warsztatów z kadzidełkiem. Nie ma do niej certyfikatów, dyplomów, ani zdjęć na tle gór o wschodzie słońca. A działa częściej niż połowa mądrych cytatów w internecie.

Nazywa się: odpierdol się od siebie.

Brzmi wulgarnie? Brzmi. Ale też brzmi prawdziwie. Bo my żyjemy w świecie, który stoi na wiecznym przypierdalaniu się. Do siebie. Do innych. Do wszystkiego.

I zanim ktoś zacznie się oburzać: nie chodzi o to, żeby stać się obojętnym klocem, który ma wszystko w nosie. Chodzi o coś dużo bardziej konkretnego: odłączyć w głowie ten wewnętrzny młot pneumatyczny, który od rana do nocy robi ci dziury w poczuciu własnej wartości.

Skąd się bierze ten cały przypierdol

Większość z nas była wychowywana na systemie: „jak cię docisnę, to się poprawisz”. W szkole podobnie. Potem w pracy: „jak cię opierdolę, to wzrośniesz”. Media społecznościowe też żyją z porównywania i oceniania. Klikają się skandale, wyższość, szydera, wytykanie. Przypierdol to jest paliwo.

I tak człowiek nasiąka tym jak gąbka. Nawet jeśli jest dobrym gościem. Nawet jeśli chce dobrze. Nawet jeśli nikomu nic złego nie robi.

A potem to się dzieje samo: stoisz w kuchni, patrzysz w okno i nagle włącza się głos:

„Mogłeś to zrobić lepiej.”
„Znowu zawaliłeś.”
„Inni to potrafią, a ty?”
„Weź się w garść.”
„Jesteś za mało.”
„Jesteś za dużo.”
„Nie jesteś dość.”

To nie jest motywacja. To jest codzienna samoprzemoc w wersji „kulturalnej”.

Duchowość „odwal się od siebie” czyli stoicyzm na skróty

Stoicyzm jest świetny. Marek Aureliusz to porządna robota. Tylko że stoicyzm bywa trudny we wdrożeniu, bo wymaga dystansu, praktyki, cierpliwości.

A „odpierdol się od siebie” to jest stoicyzm w wersji: tu i teraz, bez filozofowania.

To jest jak zdjęcie z pleców plecaka pełnego cegieł, który nosisz tylko dlatego, że się przyzwyczaiłeś.

Jak to działa w praktyce

Najpierw trzeba zrobić jedną rzecz, której większość ludzi nie robi: zauważyć siebie.

Nie analizować godzinę. Nie rozkminiać dzieciństwa. Po prostu złapać moment, w którym czujesz:

  • że jesteś niewystarczający,
  • że powinieneś być inny,
  • że coś z tobą „nie tak”,
  • że za chwilę sam sobie dowalisz.

I wtedy mówisz do siebie, najlepiej po imieniu, życzliwie:

„Dobra, (twoje imię). Odpierdol się od siebie. Tak po ludzku.”

Klucz jest jeden: to nie ma być nowa forma biczowania, tylko akt ulgi. Jakbyś mówił do kumpla, który właśnie jedzie po sobie bez sensu. Tylko tym kumplem jesteś ty.

Powtórz raz, drugi, trzeci. Bez napinki. Nie robisz rytuału. Robisz higienę.

Dlaczego warto? Bo ten ciężar cię wykańcza

Normą jest dokopywanie sobie pod pretekstem „rozwoju”. Wchodzisz na internet i widzisz co chwilę czyjeś przebłyski: sukces, ciało, podróże, uśmiech, relacja, biznes, piękna kuchnia i jeszcze ktoś umie żyć bez zmęczenia.

Mija 20 minut i w twojej głowie robi się cichy sąd:

„Ja to jestem jakiś kiepski.”
„Ja to nie umiem.”
„Ja to jestem wadliwy.”

I teraz najlepsze: człowiek myśli, że jak sobie dowali, to się „rozpędzi”. Że ten wewnętrzny bat zrobi z niego lepszą wersję.

Nie zrobi.

On zrobi tylko tyle, że będziesz ciągnął przez życie wózek pełen kamieni, aż ci się odechce. Z czasem to się objawia w ciele: garbienie się, spadek energii, brak sprawczości, rozjazd nastroju. A potem zdziwienie: „czemu mi nic nie wychodzi”.

Bo ciężko się buduje, kiedy jednocześnie sam sobie podcinasz nogi.

Najbardziej podstępny numer umysłu: zamiana ról

Jest jeszcze jedna sztuczka. Kiedy przypierdalasz sobie długo, w pewnym momencie przestajesz być „tym gorszym”, a stajesz się… sędzią.

I nagle masz poczucie, że kontrolujesz sytuację. Że jesteś surowy, ale sprawiedliwy. Że „trzymasz poziom”.

Tylko że to nadal jest ten sam mechanizm, który cię zjada. Różnica jest taka, że teraz już nie cierpisz jako ofiara, tylko jako prokurator. I to daje chwilową ulgę, bo „przynajmniej widzisz prawdę”.

Tyle że prawda bez życzliwości to często tylko kolejna forma przemocy.

Nie znam nikogo, kto stał się lepszy od ciągłego przypierdolu. Znam za to mnóstwo ludzi, którzy od tego zgasili w sobie chęć do życia.

Co się dzieje, kiedy naprawdę się od siebie odwalasz

Kiedy ten wewnętrzny hałas zaczyna cichnąć, robi się dziwnie. Jakby ktoś wyłączył wentylator, do którego byłeś przyzwyczajony.

Zostajesz bardziej „nagi” przed sobą. Bez tego całego udawania, że musisz być ideałem, poprawnym obrazkiem, gotowym produktem.

I wiesz co? To jest trochę straszne, ale też cholernie prawdziwe.

Możesz nie być najmądrzejszy. Nie najzgrabniejszy. Nie najbogatszy. Nie uwielbiany przez świat. Ale w końcu przestajesz żyć w trybie: „muszę zasłużyć na prawo do bycia sobą”.

Paradoks jest taki, że dopiero wtedy często pojawia się siła, żeby robić rzeczy ważne. Bo energia przestaje iść na samobiczowanie, a wraca do rąk.

Jak praktykować (bez guru i bez sekty)

Tu nie ma mistrzów. Nikt cię nie będzie prowadził za rączkę. I dobrze. Bo to jest praktyka prosta jak woda.

Możesz zacząć od rana.

Stajesz przy lustrze. Patrzysz sobie w oczy. I mówisz (w głowie albo na głos):

„(twoje imię), dzisiaj się od ciebie odpierdalam. Z życzliwością. Bez osądu.”

I tyle. Myjesz zęby. Wracasz do życia. Bez fanfar.

Druga opcja jest jeszcze lepsza: łapiesz momenty w ciągu dnia.

Kolejka w sklepie. Samochód. Spotkanie. Siedzisz i niby wszystko normalnie, a w środku ciśnie cię presja: „powinienem być jakiś”.

Wtedy robisz pauzę i pytasz siebie:

„Czy ja właśnie sobie przypierdalam?”
Jeśli tak: „Dobra. Odwal się. Nikt tego nie potrzebuje. Ty też nie.”

I znowu: ton ma być życzliwy. To jest jak zdjęcie zaciskającej się obręczy z klatki piersiowej. Nie jak policzek.

Efekt często jest szybki: rozluźnienie, więcej powietrza w głowie, mniej napięcia w karku. Jakby ktoś odsunął z ciebie ciężką płytę.

Niuanse, czyli żeby nie zrobić z tego głupoty

Po pierwsze: można się przypierdalać do siebie na cicho. Bez słów. Tylko uczuciem, które wisi jak chmura i gniecie. To jest nawet gorsze, bo trudniej to złapać.

Ale zasada jest ta sama: jak to zauważysz, możesz odmówić uczestnictwa.

Po drugie: „odpierdol się od siebie” nie oznacza: „udawaj, że nie masz słabości”.

Masz. Każdy ma. Różnica jest taka, że słabość można potraktować jak lekcję, a nie jak powód do bicia siebie po mordzie.

Wersja dla zaawansowanych: odpierdolenie się od innych

Tu robi się ciekawie.

Jeśli zauważysz, że w głowie mielisz kogoś na kawałki: oskarżenia, urazy, rozmowy, które nigdy się nie wydarzą, wyroki, które wydajesz w kółko… zrób podobny ruch.

Powiedz w sobie:

„Odpierdalam się od ciebie.”

Nie „odpierdol się ode mnie”, bo to często działa odwrotnie. To jest jak złapanie się za linę, którą niby chcesz przeciąć. „Odpierdol się ode mnie” potrafi cię przykleić do tej osoby jeszcze mocniej.

„Odpierdalam się od ciebie” to jest wypuszczenie liny z ręki.

I uwaga: to nie jest rozgrzeszenie czyjejś głupoty. Ktoś nadal może być baranem. Ale ty przestajesz nosić w głowie jego ciężar jak worek gruzu.

A co, jeśli ktoś się do ciebie przypierdala?

Masz prawo postawić granicę. Masz prawo powiedzieć: „proszę przestań”.

Czasem możesz też powiedzieć ostrzej, żeby się odpierdolił, tylko życie ma swoje realia: nie każdy ma poczucie humoru, nie każdy jest gotowy, a z szefem bywa różnie. Wtedy używasz zwykłego języka, ale sens zostaje ten sam: stop. nie biorę tego.

Czy wolno się przypierdalać do innych?

Na tej ścieżce raczej nie. Bo to się zwykle bierze z tego samego miejsca co samoprzypierdol: z napięcia.

Jest jeden wyjątek, który lubię.

Jeśli bliska osoba zaczyna jechać po sobie, samobiczować się, mówić o sobie źle, możesz jej spokojnie, życzliwie powiedzieć:

„Ej. Odwal się od siebie.”

Nie jako atak. Nie jako szydera. Tylko jak podanie kubka ciepłej herbaty komuś, kto właśnie sam sobie robi zimę w głowie.

Może nie zadziała od razu. Ale zostawiasz w człowieku ziarenko. Czasem ono kiełkuje dopiero po czasie.

Na koniec: życie i tak będzie trudne, ale po co dokładać cegły

Życie bywa ciężkie. Będzie trudne. Będzie skomplikowane. To się nie zmieni.

Ale jest różnica między trudnym życiem, a trudnym życiem plus codziennym przypierdolem do siebie.

Twoja niedoskonałość jest faktem. Tak jak moja. Tak jak wszystkich. I można z tym walczyć latami jak z betonową ścianą, tylko po to, żeby mieć w głowie kurz i krew z obtartych dłoni.

A można zrobić rzecz prostą: zaakceptować, że jesteś człowiekiem, nie projektem. I zacząć sobie odpuszczać ten bezużyteczny ciężar.

Nie zmienia to nic. A jednocześnie zmienia wszystko.

Bo gdy się od siebie odpierdalasz, robi się miejsce. A w tym miejscu czasem w końcu mieści się życie.