Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy mam się do kogo przytulić.
Tak.
Smutek mnie tuli.
Łzy głaszczą po twarzy.
A samotność siedzi obok i cicho powtarza:
„Nie martw się… nadal jestem przy tobie”.
I wiesz co jest najgorsze?
Że to nie jest metafora.
To jest ten moment, kiedy siedzisz wieczorem.
Cicho.
Za cicho.
Telefon leży obok.
I nawet nie chodzi o to, że nikt nie dzwoni.
Chodzi o to, że nie ma do kogo zadzwonić.
Możesz mieć ludzi wokół.
Możesz mieć znajomych.
Rozmowy.
Śmiech.
A i tak wracasz do domu i nagle wszystko opada.
Jakby ktoś wyłączył światło.
I zostajesz sam ze sobą.
Z tą dziwną ciszą, która nie jest spokojem.
Tylko pustką.
Najbardziej boli nie brak kobiety.
Najbardziej boli to, że nikt na Ciebie nie czeka.
Nie ma tej jednej osoby, która patrzy na zegarek i myśli:
„kiedy on przyjedzie”.
Nie ma tej wiadomości:
„gdzie jesteś?”
Nie z ciekawości.
Z potrzeby.
Nie ma tego momentu, kiedy ktoś po prostu chce być obok.
Bez powodu.
I zaczynasz rozumieć jedną rzecz.
Że można być „fajnym gościem”.
Można być „wartościowym”.
Można być „tym dobrym”.
I to nadal nie wystarczy, żeby ktoś Cię wybrał.
Najgorsze są te małe momenty.
Nie dramaty.
Nie wielkie historie.
Tylko zwykłe rzeczy.
Jedziesz gdzieś i widzisz coś fajnego.
I pierwsza myśl nie jest: „ale super”.
Tylko: „szkoda, że nie mam z kim tego zobaczyć”.
Gotujesz coś.
I nagle orientujesz się, że robisz jedną porcję.
Zawsze jedną.
Siadasz wieczorem.
I nie masz komu powiedzieć, jak minął dzień.
Bo to „jak minął dzień” nikogo nie obchodzi.
I w pewnym momencie przychodzi coś jeszcze.
Zmęczenie.
Nie samotnością.
Tylko próbami.
Pisaniem.
Zaczynaniem rozmów.
Budowaniem czegoś od zera… kolejny raz.
I słyszysz:
„Jesteś naprawdę super facetem.”
„Na pewno kogoś poznasz.”
„Zasługujesz na kogoś wyjątkowego.”
I wiesz co?
To są najgorsze zdania, jakie możesz usłyszeć.
Bo za nimi nic nie stoi.
Zero decyzji.
Zero działania.
Zero wyboru.
I wtedy pojawia się myśl.
Cicha, spokojna.
Bez dramatu.
„Może po prostu przestać.”
Nie walczyć.
Nie szukać.
Nie próbować.
Po prostu… przestać.
I nie chodzi o to, że przestajesz chcieć.
Bo chcesz.
Bliskości.
Dotyku.
Bycia dla kogoś ważnym.
Ale przestajesz biegać za czymś, co ciągle Cię omija.
I to jest moment, którego nikt nie rozumie.
Z zewnątrz to wygląda jak odpuszczenie.
Jak rezygnacja.
A w środku?
To jest próba odzyskania siebie.
Bo ile razy można stawać przed kimś z otwartą ręką
i wracać z pustą?
Ile razy można być „tym prawie”?
Prawda jest taka.
Najtrudniej nie jest być samemu.
Najtrudniej jest raz poczuć, jak to jest nie być samemu…
i potem to stracić.
Bo wtedy już wiesz, czego Ci brakuje.
Już nie udajesz, że wszystko jest okej.
Już nie wmówisz sobie, że „tak jest dobrze”.
I zostajesz Ty.
I cisza.
I to pytanie, które wraca jak echo:
czy ktoś kiedyś naprawdę będzie chciał być obok…
tak po prostu.
Nie na chwilę.
Nie z nudów.
Nie „dopóki”.
Tylko naprawdę.
A na razie?
Smutek tuli.
Łzy głaszczą.
A samotność siedzi obok i mówi:
„Spokojnie… ja nigdzie się nie wybieram.”


