Na początku to tylko zdanie.
Rzucone lekko.
Z uśmiechem, czasem z lekkim westchnieniem:
„Znowu dramatyzujesz.”
To tylko kolega.
To tylko koleżanka.
Daj spokój.
Przecież nic się nie dzieje.
Nie przesadzaj.
Nie bądź zazdrosny / zazdrosna.
Nie ograniczaj mnie.
Musisz mi ufać.
Taka już jestem.
Taki już jestem.
I tak – słowo po słowie – zaczynasz wątpić.
W siebie.
W swoje uczucia.
W swoją intuicję.
W granice, które miały być zdrowe.
Zastanawiasz się, czy naprawdę jesteś zbyt zaborczy_a.
Czy może powinieneś / powinnaś bardziej „wyluzować”.
I milkniesz.
Z każdym kolejnym „to tylko znajomy / znajoma”
milkniesz jeszcze bardziej.
A w środku – czujesz się coraz mniej wybrany_a.
Bo wiesz, co to znaczy, tylko boisz się to powiedzieć na głos
Czujesz, że:
- coś się dzieje za twoimi plecami, ale zbyt subtelnie, żeby to udowodnić,
- nie jesteś już pierwszym wyborem do rozmów, emocji, bliskości,
- twój partner / partnerka ładuje swoje baterie gdzie indziej – u „znajomego”, „przyjaciółki”, „byłego”, „koleżanki z pracy”,
- a tobie zostaje tylko… czekanie.
I gdy o tym mówisz, to nie ma miejsca na dialog.
Jest tylko atak.
„Nie możesz mi niczego zabronić.”
„Mam prawo do życia towarzyskiego.”
„W ogóle nie rozumiesz, czym jest wolny związek.”
Nie, nie rozumiesz.
Bo chciałeś / chciałaś bliskości, nie wolnej amerykanki.
Nie jesteś szalony_a.
Nie jesteś toksyczny_a.
Nie jesteś problemem.
Problemem jest to, że ktoś wszedł w związek, nie rezygnując z życia singla
Bo właśnie tak to wygląda.
Codzienne rozmowy z „przyjacielem”.
Regularne spotkania z „kolegą, z którym świetnie się dogaduję”.
Zamglone granice.
Flirty, których się nie nazywa flirtami.
Historie, których się nie opowiada partnerowi – bo „niezwiązane z nami”.
I jedna osoba w tej relacji czuje się spokojna, spełniona, wolna.
A druga – czuje się samotna, dziwnie nieobecna i… winna.
Winna za to, że coś ją boli.
To nie jest związek.
To jest teatr.
Z jednym aktorem, który gra wszystko na raz –
i drugim, który został posadzony na widowni i ma siedzieć cicho.
Jeśli ciągnie cię do innych – to nie buduj relacji z kimś, kto chce być jedyny
To nie jest wielka filozofia.
Jeśli lubisz otwarte emocjonalnie relacje,
jeśli potrzebujesz bliskiego kontaktu z wieloma osobami,
jeśli „nie potrafisz zamykać się tylko na jednego człowieka” –
to zostań singlem.
Nie próbuj wchodzić w związek z kimś, kto rozumie miłość jako wzajemność.
Kto chce być twoim pierwszym wyborem.
Kto chce się czuć bezpiecznie, wiedząc, że to, co intymne, dzieje się między wami, a nie z kimś z zewnątrz.
Bo jeśli mimo bycia w związku – dalej szukasz innych osób, z którymi można „pogadać o wszystkim”,
jeździsz na kawki, ślesz wiadomości, budujesz napięcie…
to nie jesteś lojalny_a.
Nawet jeśli nigdy nie dotknęłaś / nie dotknąłeś tej osoby.
Emocjonalna zdrada boli jak fizyczna. A czasem bardziej.
Bo zostawia cię z poczuciem, że jesteś nie dość.
Że nie wystarczasz.
Że jesteś blisko, ale nie najbliżej.
I wtedy zaczyna się najgorsze.
Porównywanie.
Zgadywanie.
Skanowanie cudzych reakcji, komentarzy, serduszek.
Analizowanie, dlaczego z nią / z nim śmieje się inaczej niż z tobą.
Dlaczego o czymś powiedział_a komuś innemu.
Dlaczego właśnie z tą osobą chce spędzać wolny czas.
To cię wypala.
Zabiera ci spokój.
Rozstraja sen.
Wchodzi pod skórę.
I nagle… czujesz, że już nawet nie chcesz być kochany_a.
Tylko chcesz, żeby w końcu przestano cię okłamywać.
Dlatego jeśli jesteś po tej stronie – jeśli to ty byłeś / byłaś odstawiany_a – nie zwariowałeś / nie zwariowałaś.
Twoje emocje były prawdziwe.
Twoje granice były zdrowe.
To nie ty byłeś_aś „toksyczny_a”.
To ty próbowałeś_aś ratować coś, co ktoś inny zjadał od środka „na luzie”.
I tak – trzeba było się z tego podnieść.
Posklejać się.
Odzyskać głos.
Znowu sobie zaufać.
Ale dziś już wiesz.
Nie jesteś opcją.
Nie jesteś dodatkiem.
Nie jesteś tłem dla czyjejś niezdecydowanej wolności.
Jesteś człowiekiem, który zasługuje na pełnię.
Na wybranie.
Na relację, w której „to tylko kolega / koleżanka” po prostu nie istnieje.

