(z cyklu: 11 rzeczy, których (nie)miły facet już nie robi)
Kiedyś myślałem, że jeśli dam więcej – zostanę bardziej pokochany.
Jeśli się bardziej postaram – ktoś to w końcu zauważy.
Jeśli zainwestuję czas, energię, serce – to wróci.
Ale nie wracało.
Wracało poczucie, że znowu przesadziłem.
Że znowu się zatraciłem.
Że dałem za dużo…
i znowu zostałem z pustymi rękami.
Byłem typem gościa, który wszystko „ogarnia”.
Pomaga. Wysłucha. Zrobi. Zawiezie. Kupi. Przestawi własne życie, żeby zdążyć.
Zawsze gotowy.
Zawsze na wyciągnięcie ręki.
Zawsze z nadzieją, że kiedyś ktoś zrobi to samo dla mnie.
Nie robił.
I wtedy dopadało mnie to znajome uczucie:
rozczarowania bez prawa do żalu.
Bo przecież nikt mnie nie zmuszał.
To ja dawałem. Ja się starałem. Ja się poświęcałem.
I ja byłem winny temu, że znowu wylądowałem na końcu.
Dziś już wiem:
jeśli dajesz więcej, niż dostajesz – to nie hojność. To brak granic.
To nie szlachetność.
To cicha transakcja.
Nieświadoma próba kupienia miłości, uwagi, znaczenia.
A prawda jest taka, że niczego, co jest prawdziwe, nie da się kupić nadmiarem zaangażowania.
Jeśli ktoś nie widzi Twojej wartości,
to nie zauważy jej bardziej, gdy się bardziej postarasz.
Zobaczy tylko to, że można Cię brać za pewnik.
Że znów się dasz.
Bez pytania. Bez granicy. Bez wzajemności.
Dziś daję proporcjonalnie.
Jeśli widzę, że druga strona też dba – daję z radością.
Jeśli widzę, że jestem tylko wygodnym dodatkiem – odchodzę.
To nie chłód.
To szacunek.
Do siebie.
Nie jestem już chłopcem, który rozdaje wszystko, co ma, żeby ktoś go lubił.
Jestem facetem, który wie, co daje – i po co.
Nie muszę już niczego udowadniać.
Nie potrzebuję się wykazywać.
Nie leczę poczucia bycia niewystarczającym przez nadmiar opiekuńczości.
Jeśli czujesz, że ciągle robisz więcej niż dostajesz –
zatrzymaj się.
Zadaj sobie pytanie: dlaczego?
I czy naprawdę o to chodzi w tej relacji?
Bo może jesteś w układzie, który przestał być partnerski,
a stał się po prostu wygodny – tylko nie dla Ciebie.

