(z cyklu: DŹWIGAJ. BO TO JEST KUR*A TERAPIA)
Najtrudniejsze nie jest zacząć.
Najtrudniejsze jest nie przestawać.
Bo przyjdą dni, kiedy wszystko będzie pod górę.
Kiedy wyjście z łóżka będzie jak wyprawa w Himalaje.
Kiedy ciężar nie będzie tylko na sztandze, ale też na karku, w klatce i w głowie.
I wtedy masz dwa wyjścia:
albo złożysz się jak papier,
albo dźwigniesz jeszcze raz.

Nawet jak wszystko już działa.
Nawet jak wyglądasz lepiej.
Nawet jak znajomi zauważają, że się zmieniłeś.
To właśnie wtedy zaczyna się najgorszy wróg:
rozluźnienie.
„Już nie muszę tak cisnąć.”
„Mogę trochę odpuścić.”
„To tylko jeden dzień.”
„I tak zasłużyłem.”
„I tak jestem lepszy niż kiedyś.”
I tak się zaczyna spadek.
Od małych rzeczy.
Od drobnych wymówek.
Od tego jednego dnia, kiedy nie poszedłeś.
Nie musisz iść codziennie.
Ale musisz iść wtedy, gdy ci się najbardziej nie chce.
Bo to właśnie wtedy budujesz to, czego nie widać:
– nie sylwetkę,
– nie siłę,
– tylko dyscyplinę.
Dyscyplina to nie łańcuch.
To wolność.
Wolność od siebie sprzed tygodnia.
Wolność od bycia zakładnikiem nastroju.
Wolność od potrzeby motywacji.
To: robię, bo mam to robić.
Bo to moje.
Bo się do tego zobowiązałem przed sobą.
Nie przestawaj, bo ci smutno.
Nie przestawaj, bo boli.
Nie przestawaj, bo ktoś cię zawiódł, bo znowu się nie udało, bo znowu się cofnąłeś.
Właśnie wtedy idź.
Właśnie wtedy dźwigaj.
Właśnie wtedy nie przestawaj.
Bo nikt ci nie obiecał, że będzie łatwo.
Ale obiecuję ci jedno:
– jak nie przestaniesz,
– jak się nie złamiesz,
– jak przejdziesz przez to bagno z dźwiękiem żelaza w tle –
to któregoś dnia obudzisz się i poczujesz:
„Już nie jestem tym samym człowiekiem.”
I nie chodzi o bicki.
Nie chodzi o cycki.
Nie chodzi o sylwetkę.
Chodzi o charakter.
O spokój.
O godność.
To jest twoja robota.
Twoja droga.
Twój wybór.
Nie musisz wygrywać codziennie.
Ale codziennie masz się stawić.
Wtedy, gdy wszystko boli.
Wtedy, gdy nikt nie patrzy.
Wtedy, gdy tylko ty wiesz, że właśnie teraz robisz coś, co cię trzyma przy życiu.
Nie przestawaj.
Nie dla innych.
Nie dla lajków.
Nawet nie dla formy.
Dla siebie.
Bo sobie to obiecał_ś.


