(z cyklu: 11 rzeczy, których (nie)miły facet już nie robi)
Zawsze byłem po wszystkim.
Po pracy.
Po obowiązkach.
Po cudzych potrzebach.
Po telefonach, wiadomościach, przysługach, „tylko na chwilę”.
I dopiero jak wszystko było ogarnięte, odhaczone, załatwione –
to może, może znalazłem 15 minut dla siebie.
A jak nie – to trudno. Przecież dam radę.
Przecież ważniejsze rzeczy były.
I tak z dnia na dzień robiłem ze swojego życia kolejkę priorytetów, w której nigdy nie było dla mnie miejsca.
I nie chodzi o wielkie sprawy.
Czasem to był zwykły posiłek.
Czasem prysznic w ciszy.
Czasem godzina bez telefonu.
Zawsze coś było ważniejsze.
Zawsze ktoś był ważniejszy.
Zawsze JA byłem na końcu.
Ale wiesz co jest najgorsze?
Że z czasem przyzwyczajasz się do bycia ostatnim.
I zaczynasz wierzyć, że tak trzeba.
Że na tym polega bycie „porządnym facetem”.
Że Twoje zmęczenie, Twoje potrzeby, Twoja przestrzeń to luksus, na który nie zasługujesz.
Aż w końcu zaczynasz się rozpadać.
Z zewnątrz wszystko gra.
Ale w środku – pusto, cicho, zimno.
I nawet nie wiesz kiedy to się stało.
Dziś już wiem:
Jeśli nie postawię siebie na pierwszym miejscu – nikt tego nie zrobi.
Nie z egoizmu.
Nie z pychy.
Tylko dlatego, że jeśli ja o siebie nie zadbam – nie mam z czego dawać innym.
(Nie)miły facet nie czeka już na swoją kolej.
Nie odkłada siebie „na później”.
Nie wpycha się w życie na końcu tabeli.
Dziś jestem pierwszy.
Nie zamiast innych – tylko WRAZ z nimi.
Bo wiem, że jestem ważny.
I nikt mnie już nie przestawi na koniec.
Nigdy więcej.

