(z cyklu: 11 rzeczy, których (nie)miły facet już nie robi)
Kiedyś byłem specjalistą od tłumaczenia się.
Dlaczego coś powiedziałem. Dlaczego czegoś nie zrobiłem. Dlaczego się wycofałem, nie odezwałem, byłem „jakiś dziwny”.
Jakby samo moje istnienie wymagało uzasadnienia.
Tłumaczyłem się z tego, że wolę ciszę niż gadanie o niczym.
Z tego, że nie odpisuję natychmiast, bo jestem zmęczony ludźmi.
Z tego, że nie chcę już ratować nikogo, kto sam nie chce się podnieść.
Dziś wiem jedno: facet, który ciągle się tłumaczy, przestaje być sobą.
Bo każde „Sorry, że jestem taki…” to krok w tył.
Każde „Nie bądź zła, po prostu…” to próba przepraszania za własne granice.
Każde „Wiem, że powinienem…” to cichy ukłon przed cudzymi oczekiwaniami.
Bycie sobą nie wymaga instrukcji obsługi.
Nie muszę nikomu objaśniać, dlaczego coś czuję. Albo nie czuję.
Jeśli nie odpowiada Ci mój spokój, moje milczenie, moja niezależność – to nie jesteśmy dla siebie.
I to jest w porządku.
Nie muszę pasować do wszystkich. Nie jestem kawałkiem układanki.
Nie tłumaczę się z tego, że lubię samotność.
Że czasem muszę się wyłączyć.
Że potrafię zniknąć na dzień lub dwa, bo potrzebuję… po prostu pobyć ze sobą.
Nie tłumaczę się z tego, że czasem odmawiam.
Bo mój czas i energia nie są już do rozdawania jak ulotki na ulicy.
Nie tłumaczę się z tego, co mnie boli – i co już mnie nie rusza.
To moje życie mnie tego nauczyło.
Nie książki. Nie podcasty.
Rzeczywistość. Ludzie. Upadki.
Jeśli Ty też masz wrażenie, że ciągle się tłumaczysz…
To może najwyższy czas przestać?
Nie musisz tego ogłaszać światu.
Po prostu: nie wyjaśniaj się.
Milcz tam, gdzie wcześniej usprawiedliwiałeś się na siłę.
Uśmiechnij się tam, gdzie kiedyś miękłeś i „dostosowywałeś się”.
Niech Twoje „nie” będzie pełnym zdaniem.
I tak – to wymaga odwagi.
Zwłaszcza jeśli przez całe życie byłeś uczony, że trzeba „ładnie mówić”, „być uprzejmym” i „nie sprawiać przykrości”.
Ale wiesz co?
Bycie prawdziwym jest ważniejsze niż bycie miłym.
Zwłaszcza dla Ciebie samego.

