(z cyklu: 11 rzeczy, których (nie)miły facet już nie robi)
Kiedyś czułem, że każda moja „niezgoda” wymaga wyjaśnienia.
Że jeśli powiem „nie” — to zaraz powinienem dodać elaborat.
„Nie mogę, bo…”,
„Nie chcę, ale wiesz…”,
„To nie tak, po prostu…”.
Jakby moje granice potrzebowały usprawiedliwienia.
Jakby sam fakt, że coś mi nie odpowiada, był niewystarczający.
A przecież to było moje życie.
Mój czas. Moje zasoby. Moje wybory.
A jednak za każdym razem, gdy próbowałem powiedzieć „stop” — czułem się winny.
Jakbym kogoś zawodził. Jakbym musiał to „odkręcić” miłymi słowami.
I tak tłumaczyłem się z rzeczy, z których nikt nie powinien się tłumaczyć:
Że nie mam dziś ochoty się spotkać.
Że potrzebuję chwili ciszy.
Że nie pomogę, bo mam własne sprawy.
Że to nie dla mnie.
Że tak — po prostu — nie.
Zamiast powiedzieć jasno, owijałem w bawełnę.
Zamiast chronić swoje granice, szukałem słów, które nie urażą.
Aż sam zacząłem tracić kontakt z tym, co naprawdę czuję i czego potrzebuję.
Dziś już wiem:
granice nie wymagają uzasadnienia.
Nie oznacza to braku szacunku.
Oznacza to szacunek do siebie.
Nie jestem już chłopcem, który boi się, że ktoś go przestanie lubić, jeśli powie „nie”.
Jestem facetem, który rozumie, że „nie” jest pełnym zdaniem.
I że jeśli ktoś się obraża, gdy go stawiam — to nie był naprawdę obok mnie, tylko obok mojej uległości.
Jeśli wciąż łapiesz się na tym, że tłumaczysz się z każdej decyzji…
Zatrzymaj się.
Zadaj sobie pytanie:
czyja zgoda jest mi potrzebna, żeby zatroszczyć się o siebie?
Bo jeśli ciągle szukasz pozwolenia — to może czas dać je sobie samemu.
O granicach i tłumaczeniu własnych decyzji piszę również w książce „NIGDY” — przeczytaj fragment.
