Był czas, kiedy żyłem z niedopowiedzeń.
Z półsłówek. Z domysłów.
Z tego, co mogło znaczyć coś więcej – albo wcale.
I wiecznie miałem nadzieję, że „to tylko chwilowe”, że „może się zmieni”, że „przecież coś musi czuć”.
Zamiast faktów – emocje.
Zamiast słów – gesty, które niczego nie potwierdzały.
Zamiast relacji – fantazja zbudowana na interpretacji.
Ale przestałem.
Nie czytam już między wierszami.
Jeśli nie mówisz wprost – nie zgaduję.
Jeśli nie pokazujesz – nie dopowiadam.
Jeśli jesteś – to jesteś. A jeśli cię nie ma – też to widzę.
To nie chłód.
To nie zamknięcie.
To odwaga, żeby przestać karmić się iluzją.
Bo domyślanie się intencji drugiej osoby to jak granie w szachy… z niewidzialnym przeciwnikiem.
Nigdy nie wiesz, czy to naprawdę była „ta” wiadomość.
Czy ten uśmiech coś znaczył.
Czy cisza jest odpowiedzią, czy tylko brakiem zainteresowania.
I wiesz co?
Nie chcę już żyć w relacjach, w których muszę analizować każdą pauzę.
W których nie wiem, czy mogę zapytać, zadzwonić, być.
W których emocjonalna obecność drugiej osoby zależy od jej nastroju, a nie decyzji.
Wolę słowa. Konkret.
Nawet jeśli bolesny.
Wolę usłyszeć „nie czuję tego” niż „muszę przemyśleć”.
Wolę ciszę, która coś zamyka – niż słowa, które nic nie znaczą.
Bo kiedy przestajesz czytać między wierszami – odzyskujesz jasność.
I nie chodzi o to, żeby od razu wszystko wiedzieć.
Chodzi o to, żeby nie robić sobie nadziei tam, gdzie jej nie ma.
Wiem już jedno:
jeśli ktoś naprawdę chce być obecny – będzie.
Bez gierek. Bez testów. Bez „może”.
Nie muszę się domyślać, gdzie jestem w jego życiu.
Jeśli potrzebuję się domyślać –
to znaczy, że nie jestem na właściwym miejscu.
Dziś nie czytam między wierszami.
Czytam tylko to, co jest napisane.
To, co jest pokazane działaniem, nie aluzją.
To, co prawdziwe, a nie wygodne.
I to zmienia wszystko.


