Zastanawia mnie jedna rzecz.
Czemu właśnie w niedzielę tęskni się jakoś bardziej i czuje wszystko mocniej?
Przecież od poniedziałku do soboty nic szczególnego się nie zmieniło. Ci sami ludzie są daleko. Tych samych ludzi nie ma obok. Za tymi samymi osobami tęsknimy. A jednak przychodzi niedziela i coś jest inaczej.

Może dlatego, że przez większość tygodnia mamy czym zająć głowę.
Trzeba gdzieś pojechać, coś zrobić, komuś odpisać, czegoś dopilnować. Nawet kiedy przez chwilę nic nie robimy, zaraz znajdujemy sobie jakieś zajęcie. Telefon. Muzyka. Film. Zakupy. Cokolwiek.
Myśli też mają wtedy trochę trudniej. Próbują się przecisnąć, ale ciągle ktoś zamyka im drzwi przed nosem.
A niedziela jest inna.
Nawet jeśli coś robisz, dzień ma trochę inne tempo. Nie trzeba już tak bardzo pilnować zegarka. Mniej rzeczy domaga się natychmiastowej uwagi. Wieczorem robi się jeszcze ciszej i nagle okazuje się, że w głowie zostało sporo wolnego miejsca.
I właśnie wtedy przychodzą ludzie.
Nie naprawdę, oczywiście.
Przychodzą w myślach. Czyjś głos. Jedno zdanie. Sposób, w jaki ktoś się śmieje. Jakaś rozmowa sprzed kilku dni. Miejsce, w którym byliście. Albo zwyczajna myśl, że dobrze byłoby teraz mieć tę osobę obok.
Bez wielkiego dramatu. Bez siedzenia przy oknie i patrzenia w deszcz.
Po prostu byłoby dobrze.
I chyba właśnie dlatego niedzielna tęsknota jest trochę inna. Nie musi boleć. Czasami jest nawet cholernie przyjemna, bo przypomina, że gdzieś jest człowiek, którego obecność naprawdę coś dla nas znaczy.
Tylko zastanawiam się, czy rzeczywiście w niedzielę tęsknimy bardziej.
Bo może tęsknota przez cały tydzień jest dokładnie taka sama. Leży sobie gdzieś pod codziennością, jak rzecz odłożona na biurku i przykryta stertą papierów. Jest tam cały czas, tylko jej nie widzimy.
W niedzielę tych papierów robi się mniej.
I nagle ją widać.
Może więc w niedzielę wcale nie tęskni się bardziej.
Może tylko wyraźniej słychać, za kim się tęskni.


