Długo uczyłem się wybierać to, czego chcę.
Jeszcze dłużej uczyłem się wybierać tego, czego nie chcę.
Brzmi trochę dziwnie, prawda? Jak można wybierać coś, czego się nie chce? A jednak można. I chyba właśnie ten drugi wybór okazał się dla mnie trudniejszy, bo przez większość życia uczono mnie patrzeć przed siebie. Mieć cele. Wiedzieć, czego chcę. Dążyć do czegoś. Nikt specjalnie nie mówił o tym, że równie ważne jest spojrzeć na boki i zdecydować, na które drogi nie zamierzam skręcać.

Bo łatwo powiedzieć: chcę dobrze zarabiać. Chcę mieć dobrą pracę. Chcę spokojnego życia. Chcę być z kimś blisko. Chcę mieć czas dla siebie. Chcę podróżować, rozwijać się, poznawać ludzi i robić rzeczy, które dają mi radość.
Tylko co właściwie z tego wynika?
Mogę przecież chcieć dobrze zarabiać i jednocześnie zgodzić się na pracę, która każdego dnia wysysa ze mnie wszystko poza pensją. Mogę chcieć spokoju, a otaczać się ludźmi, przy których ciągle muszę coś tłumaczyć, udowadniać albo naprawiać. Mogę chcieć mieć czas dla siebie, a później rozdawać go każdemu, kto akurat czegoś ode mnie potrzebuje. Mogę bardzo dobrze wiedzieć, dokąd chcę dojść, i każdego dnia podejmować decyzje prowadzące mnie w zupełnie inną stronę.
I właśnie dlatego samo „wiem, czego chcę” przestało mi wystarczać.
Zacząłem zastanawiać się nad drugą stroną tego zdania.
Czego nie chcę?
Nie czego się boję. Nie czego nie potrafię. Nie czego nie powinienem robić, bo ktoś tak powiedział. Nie czego nie wypada chcieć w moim wieku, sytuacji czy miejscu, w którym jestem.
Czego JA nie chcę
To pytanie jest znacznie mniej wygodne, bo kiedy zaczynasz odpowiadać na nie naprawdę, okazuje się, że część rzeczy obecnych w Twoim życiu wcale nie znalazła się tam dlatego, że je wybrałeś. Niektóre po prostu zostały. Inne przyszły z rozpędu. Na jeszcze inne zgodziłeś się kiedyś i nigdy później nie sprawdziłeś, czy ta zgoda nadal obowiązuje.
Trochę jak szuflada pełna „przydasiów”. Kabli od urządzeń, których nie masz od trzech lat. Instrukcji obsługi sprzętu, który dawno wylądował na śmietniku. Klucza, choć nikt już nie pamięta, jakie drzwi otwierał. Wszystko leży, bo przecież „może się przydać”. Dopiero kiedy wyciągniesz te wszystkie przydasie na stół, widzisz, ile miejsca zajmują rzeczy, których tak naprawdę od dawna nie potrzebujesz.
Z życiem czasem robimy dokładnie to samo. Trzymamy pracę, której nie chcemy. Obowiązki, których nigdy świadomie nie wybraliśmy. Przyzwyczajenia, które już nam nie służą. Sposób spędzania czasu, po którym czujemy się gorzej zamiast lepiej.
Ale nie chodzi tylko o rzeczy.
Są też ludzie, których nie chcemy w swoim życiu.
Są znajomości, których nie chcemy kontynuować. Są relacje, w które nie chcemy wchodzić. Są ludzie, których możemy lubić, szanować, uważać za dobrych i wartościowych, a mimo to nie chcieć ich blisko siebie. Możemy nie chcieć z kimś pracować. Nie chcieć się przyjaźnić. Nie chcieć budować z kimś związku.
I czasami naprawdę nie ma za tym żadnej wielkiej historii.
Po prostu nie chcemy
To jest chyba jedna z trudniejszych rzeczy do zaakceptowania, bo kiedy nasze „nie” dotyczy drugiego człowieka, natychmiast pojawia się potrzeba tłumaczenia. Szukamy powodów. Budujemy uzasadnienie. Próbujemy wykazać, że ktoś zrobił coś złego albo że istnieje jakaś obiektywna przeszkoda, dzięki której nasze „nie chcę” zostanie uznane za wystarczająco rozsądne.
A przecież człowiek nie musi być zły, żebym nie chciał mieć z nim relacji.
Relacja nie musi być toksyczna, żebym nie chciał w nią wejść.
Ktoś nie musi mnie skrzywdzić, żebym nie chciał go bliżej.
Nie muszę też urządzać procesu, przedstawiać dowodów i czekać na wyrok, który da mi prawo powiedzieć:
Nie chcę.
I dokładnie ta sama zasada działa w drugą stronę. Ktoś może nie chcieć mnie. Nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Nie dlatego, że jestem niewystarczający. Nie dlatego, że powinienem coś w sobie naprawić, żeby zasłużyć na jego wybór.
Może po prostu nie chcieć.
I ma do tego dokładnie takie samo prawo jak ja.
Dopiero kiedy naprawdę przyjmie się obie strony tej zasady, „nie chcę” przestaje być oceną człowieka. Staje się wyborem.
Praca może być dobra. Człowiek może być dobry. Propozycja może być rozsądna. Miasto może być piękne. Samochód może być świetny. Sposób życia może być dla kogoś spełnieniem marzeń. Relacja może wyglądać z zewnątrz jak coś, czego należałoby sobie życzyć.
I nadal mogę powiedzieć:
Nie chcę tego dla siebie.
Bez szukania wad.
Bez robienia z kogoś winnego.
Bez udowadniania, że mój wybór jest obiektywnie lepszy.
Czasami podczas ostrzejszej rozmowy pada pytanie:
„Czego Ty właściwie chcesz?!”
Nie jest już nawet zadawane. Jest niemal wykrzyczane. Pojawia się wtedy, kiedy druga osoba przestaje rozumieć nasze zachowanie, decyzję albo nagłą zmianę zasad, które do tej pory wydawały się oczywiste.
Tylko że może wcale nie chodzi o to, że ktoś nagle dowiedział się, czego chce.
Może właśnie dowiedział się, czego nie chce.
Nie chce już zgadzać się dla świętego spokoju. Nie chce brać kolejnych obowiązków. Nie chce być zawsze dostępny. Nie chce kolejny raz prowadzić tej samej rozmowy i kończyć jej w dokładnie tym samym miejscu. Nie chce utrzymywać znajomości tylko dlatego, że trwa od lat. Nie chce być w relacji tylko dlatego, że druga osoba tego chce.
I wtedy zaczyna się tarcie.
Bo nasze „chcę” często nikomu specjalnie nie przeszkadza. Możemy chcieć więcej odpoczywać, rozwijać się, zmienić pracę, zadbać o siebie, mieć więcej czasu albo spokojniejsze życie. Dopóki są to tylko nasze pragnienia, świat potrafi przyjąć je całkiem życzliwie.
Znacznie ciekawiej robi się wtedy, kiedy odkrywamy swoje „nie chcę”. Bo „nie chcę” potrafi zabrać komuś dostęp do naszego czasu. Do naszej pracy. Do naszej uwagi. Do naszej bliskości. Do naszej zgody. Czasem kończy układ, który dla drugiej strony był całkiem wygodny.
I właśnie wtedy możemy usłyszeć:
„Czego Ty właściwie chcesz?!”
A odpowiedź czasami jest znacznie prostsza, niż druga osoba się spodziewa.
Jeszcze nie wiem dokładnie, czego chcę.
Ale właśnie dowiedziałem się, czego już nie chcę.
I to też jest kierunek.
Bo chyba właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa wolność wyboru. Nie wtedy, kiedy mogę powiedzieć „tak” wszystkiemu, co mi się podoba. Tylko wtedy, kiedy potrafię powiedzieć „nie” czemuś, co samo w sobie może być dobre, wartościowe i atrakcyjne, ale nie jest dobre dla mnie.
Bez poczucia winy.
Bez elaboratu dla komisji.
Bez przygotowywania prezentacji pod tytułem „17 racjonalnych powodów, dla których mam prawo tego nie chcieć”.
Mam.
Ty też masz.
Oczywiście własne „nie chcę” też warto czasem rozebrać na części, bo można pod nim schować strach. Można nazwać granicą zwykłą ucieczkę. Można powiedzieć „tego nie chcę”, kiedy naprawdę chodzi o „boję się spróbować”. Dlatego czasem trzeba sobie zadać jeszcze jedno, cholernie niewygodne pytanie:
Naprawdę tego nie chcę czy tylko boję się po to sięgnąć?
Jeżeli odpowiedź brzmi „boję się”, być może właśnie tam warto zrobić krok. Spróbować. Sprawdzić. Przekonać się, czy za tym strachem rzeczywiście znajduje się coś, czego chcemy.
Ale jeżeli po spokojnym zastanowieniu nadal zostaje zwyczajne, czyste „nie chcę”, nie widzę powodu, żeby z nim walczyć tylko dlatego, że ktoś inny wybrałby inaczej.
Bo życie nie składa się wyłącznie z rzeczy, które do niego dokładamy. Tworzą je również ludzie, których zapraszamy bliżej, relacje, na które się zgadzamy, obowiązki, które bierzemy na siebie, i decyzje, które podejmujemy. Czasem najbardziej zmienia je więc nie to, co do niego dodamy, ale to, czego świadomie postanowimy już nie wybierać.
Przez lata dużo myślałem o tym, czego chcę. Dziś równie uważnie przyglądam się temu, czego nie chcę. Nie po to, żeby zbudować wokół siebie mur i odgrodzić się od świata. Wręcz przeciwnie. Chcę zostawić więcej miejsca.
Na ludzi, których chcę obok siebie.
Na relacje, które chcę budować.
Na rzeczy, które chcę robić.
Na miejsca, do których chcę pojechać.
Na życie, które rzeczywiście chcę przeżyć.
Bo może wcale nie chodzi o to, żeby nauczyć się mówić „nie”.
Może najpierw trzeba nauczyć się wybierać swoje „nie”.
Dopiero wtedy „tak” naprawdę zaczyna coś znaczyć.


