Czy naprawdę można przyzwyczaić się do wszystkiego?

Kilka dni temu przeczytałem jedno zdanie.

„Ludzie godzą się na taki poziom rozpaczy, jaki są w stanie znieść, i nazywają to szczęściem.”

Przeczytałem je i poszedłem dalej.
Po kilku minutach wróciłem do niego jeszcze raz.
Nie dlatego, że od razu się z nim zgodziłem.
Nie dlatego, że uznałem je za nieprawdziwe.
Po prostu uruchomiło we mnie myślenie.
Lubię takie zdania.
Takie, które nie dają odpowiedzi, ale zostawiają człowieka z pytaniami.
Zamiast zamknąć temat, otwierają następny.
I właśnie dlatego od kilku dni wracam do niego myślami.

Na początku zatrzymałem się na słowie „rozpacz”.
To ono najmocniej rzuca się w oczy. Im dłużej jednak o nim myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że chyba nie ono jest tutaj najważniejsze.
Znacznie bardziej zainteresowało mnie słowo „godzą się”.
Ono sugeruje, że nie dzieje się to nagle.
Że nikt nie budzi się pewnego ranka i nie mówi: „Od dziś będę żył życiem, które mnie nie cieszy”.
To musi być proces.
Powolny.
Taki, którego człowiek nawet nie zauważa.

Zacząłem więc zastanawiać się nad czymś zupełnie innym.
Nad przyzwyczajeniem.
Czy człowiek naprawdę potrafi przyzwyczaić się niemal do wszystkiego?
Pierwsza myśl była bardzo prosta.
Przecież rano używam perfum. Kilkanaście minut później wydaje mi się, że już ich nie czuć.
Wystarczy jednak zapytać kogoś obok i okazuje się, że zapach nadal jest wyraźny.
To nie perfumy przestały pachnieć.
To mój mózg uznał ten zapach za coś normalnego i przestał zwracać na niego uwagę.
Nie dlatego, że jest leniwy.
Wręcz przeciwnie.
Dzięki temu nie musi bez końca zajmować się tym samym.

I właśnie wtedy przyszło mi do głowy pytanie, od którego właściwie zaczął się ten tekst.
A co, jeśli z życiem dzieje się dokładnie to samo?
Co, jeśli są rzeczy, które kiedyś bardzo nam przeszkadzały, ale dziś nawet ich nie zauważamy?
Nie dlatego, że zniknęły.
Dlatego, że nasz umysł uznał je za normalne. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to możliwe.

Może właśnie dlatego tak łatwo odkładamy własne marzenia.
Nie rezygnujemy z nich od razu.
Mówimy tylko: „Jeszcze nie teraz”.
Najpierw trzeba skończyć jeden projekt.
Potem załatwić kilka spraw.
Później znaleźć więcej czasu.
Każdy z tych powodów brzmi rozsądnie.
Żaden nie wydaje się groźny.
Problem polega na tym, że z takich małych decyzji bardzo łatwo składa się kilka lat życia.
I nawet nie wiadomo, kiedy „jeszcze nie teraz” zamienia się w „już chyba za późno”.

Zastanawiam się, czy podobnie nie jest z pracą.
Ilu ludzi codziennie wstaje rano bez najmniejszej ochoty, ale po latach przestaje się nad tym zastanawiać?
Ilu mówi: „Taka jest dorosłość”, zamiast zapytać siebie, czy naprawdę musi tak wyglądać ich życie?
A może dokładnie tak samo dzieje się z relacjami.
Człowiek nie zauważa jednego wielkiego pęknięcia.
Zauważa coraz mniej drobnych rzeczy.
Coraz mniej rozmów.
Coraz mniej czułości.
Coraz mniej wspólnej radości.
Aż któregoś dnia okazuje się, że bardziej żyją obok siebie niż ze sobą.

Nie wiem, czy autor tego zdania miał rację.
Być może celowo użył bardzo mocnych słów.
Być może chciał zatrzymać czytelnika i zmusić go do myślenia.
W moim przypadku zadziałało.
Nie dlatego, że przekonał mnie do swojej tezy.
Dlatego, że zadał mi pytanie, którego wcześniej sobie nie zadawałem.

Czy są w moim życiu rzeczy, które nazywam normalnością tylko dlatego, że trwają wystarczająco długo?

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że przyzwyczajenie jest jednocześnie naszym sprzymierzeńcem i naszym wrogiem. Dzięki niemu nie zwracamy uwagi na tysiące niepotrzebnych bodźców.
Ale być może właśnie przez nie przestajemy też zauważać rzeczy, które powinny nas dawno zatrzymać.

Nie mam dziś żadnej odpowiedzi.
Mam tylko to jedno pytanie.
I mam wrażenie, że czasem jedno dobre pytanie potrafi zmienić więcej niż dziesięć gotowych odpowiedzi.
Może więc zamiast zastanawiać się, czy autor miał rację, warto na chwilę odłożyć telefon, usiąść w ciszy i zapytać samego siebie:

Do czego w swoim życiu tak bardzo się przyzwyczaiłem, że przestałem to zauważać?