(z cyklu: 11 rzeczy, których (nie)miły facet już nie robi)
Kiedyś miałem obsesję, żeby każdy mnie lubił.
Każdy.
Bez wyjątku.
Ludzie z pracy, znajomi znajomych, sprzedawczyni w sklepie, klient, który nie zapłacił w terminie.
Robiłem wszystko, byleby nie pomyśleli, że jestem „nie w porządku”.
Wolałem się zgodzić, niż powiedzieć „nie”.
Wolałem przemilczeć, niż się narazić.
Wolałem uśmiech udawany, niż własne zdanie powiedziane wprost.
Bo przecież nie można być „tym trudnym”, prawda?
Dziś już wiem:
pragnienie bycia lubianym to pułapka.
To zamaskowany lęk przed odrzuceniem.
To potrzeba, która robi z mężczyzny kameleona bez kręgosłupa.
I co najgorsze – nawet jak wszyscy Cię „lubią”, to nikt Cię tak naprawdę nie szanuje.
Bo jesteś wygodny.
Bo jesteś grzeczny.
Bo zawsze się dostosujesz.
Ale ludzie nie szanują tych, którzy ciągle się dostosowują.
Szanują tych, którzy są sobą – nawet jeśli czasem zaboli.
(Nie)miły facet nie gra już roli.
Nie przerabia siebie, żeby pasować.
Nie robi z siebie wersji light, żeby nie wzbudzać emocji.
Bo prawdziwy facet budzi emocje.
Jest wyrazisty.
Ma zdanie.
I nie potrzebuje, żeby każdy przyklaskiwał.
Dziś nie zależy mi, żeby być lubianym.
Zależy mi, żeby być sobą.
Zależy mi, żeby być szanowanym.
Zależy mi, żeby być spokojnym z tym, kim jestem – nie z tym, jak mnie widzą.

