(z cyklu: 11 rzeczy, których (nie)miły facet już nie robi)
To nie zaczęło się wczoraj.
To trwało latami.
Od pierwszych relacji.
Od chwili, kiedy ktoś pierwszy raz dał mi do zrozumienia, że muszę być lepszy, żeby zasłużyć na uwagę.
Na miłość.
Na bliskość.
Na obecność.
I łyknąłem to jak młody pelikan.
Zamiast budować siebie – zacząłem się „ulepszać”.
Stawałem się tym, kim – jak sądziłem – inni chcą, żebym był.
Uczynny. Pomocny. Zaradny.
Zawsze gotów. Zawsze na zawołanie.
Zawsze z nadzieją, że ktoś to w końcu zobaczy.
Że powie: „Jesteś ważny. Jesteś wystarczający.”
Ale to nie działało.
Bo kiedy stawiasz siebie na końcu – nikt nie ustawia Cię na początku.
Udowadniałem.
Że jestem dobrym partnerem.
Że jestem lojalny.
Że można na mnie liczyć.
Że warto mnie kochać.
Że warto ze mną zostać.
Że zasługuję, cholera, na coś więcej niż ochłap uwagi.
I nieświadomie pokazywałem jedno:
Że sam siebie nie widzę jako wystarczającego.
Dziś to widzę jak na dłoni:
Jeśli musisz się starać o podstawy – to nie Ty jesteś problemem.
To nie Ty musisz się zmienić.
To miejsce, w którym jesteś – jest nie dla Ciebie.
Bo wartość się czuje – nie żąda.
Szacunek się daje – nie wyciąga z czyjegoś portfela.
(Nie)miły facet nie aplikuje już o bycie wybranym.
Nie gra w grę „jak jeszcze bardziej się postaram, to może…”
Nie składa CV do cudzych serc, łóżek i kalendarzy.
Dziś wiem:
Nie muszę zasługiwać.
Nie muszę być „lepszą wersją siebie”.
Nie muszę udowadniać, że warto mnie kochać.
Bo jeśli tego nie widzisz –
to nie jesteś moim człowiekiem.
Dziś daję. Ale nie po to, żeby mnie wybrano.
Daję, bo chcę.
A jeśli nie widzisz wartości –
zabieram ją ze sobą.
Bo dziś wiem, ile jestem wart.
I wiem, że to wystarczy.
O próbach zasługiwania na miłość piszę także w książce „NIGDY” — zajrzyj do środka.

